Wiech. Rodzina Mortusiaków

Wiech. Rodzina Mortusiaków

Seria:Wiech
Dostępność:w magazynie 3 egz.
Czas realizacji:24 h
ISBN:978-83-7998-142-7
EAN:9788379981427
Kod tytułu:61328
Szerokość:125 mm
Wysokość:195 mm
26,00 zł
18,72 zł
Cena netto: 17,83 zł
(5% VAT)
PKWiU 58.11.1
Ilość stron 162
Miejsce wydania Kraków
Oprawa miękka
Rok wydania 2017
Typ Książka
Język polski
Ide ja sobie wczorej ulicą Targową i od razu staje, wytrzyszczam oczy i myślę, czyże ja pijany jestem, czy mnie wzrok myli – szczygieł ulicą posuwa. Uszczypłem się dwa razy w policzek – nie pomaga, szczygieł idzie prosto na mnie.
Przestraszyłem sie mocno, że mam szmergla i widze to, czego faktycznie nie ma, ale jeszcze próbuje sie ratować.
Zaczepiłem jakiegoś praskiego rodaka w starszem wieku i mówie do niego:
– Panie szanowny, powiedz mnie pan: kto tam leci ulicą?
– Jak to kto, nie widzisz pan? Szczygieł.
Odżyłem, znaczy sie nie jest ze mną tak źle. Ale skąd się wziął? Przecież od wojny nie było ich już zupełnie. Musze sie przyznać, że z dużem zadowolnieniem przyglądałem sie pierwszemu szczygłowi, któren się nazad pokazał na ulicach Warszawy.
W tem miejscu na użytek warszawiaków z prowincji, a także samo dla uświadomienia młodzieży poniżej lat czterdziestu zmuszony jestem zaznaczyć, że „szczygłami” nazywaliśmy w Warszawie naszych posłańców, którzy w czerwonych czapkach z blaszanem numerem czekali na rogach przed cukierniami na kurs z listem albo z kwiatami.
W ogóle Warszawa lubiała nazwy z ptasiej branży. Na przykład nocny dozorca nie nazywał sie tak jak teraz bezpieczny fonkcjonariusz ochrony mienia, ale po prostu „papuga”. Nie wiadomu, czy z powodu zielonej czapki, czy dlatego, że krzykiem złodziei w nocy płoszył. Fakt jest faktem, że tak się nazywał.
A teraz o wiele sie rozchodzi o posłańców, to ogromnie żem się ucieszył, że na nowo sie pokazali na mieście. Raz, że jakoś sie zrobiło od nich weselej na ulicach, a po drugie, że nieraz tak miejscowy, jak przyjezdny obywatel będzie sie mógł niemi wyręczyć w różnych sprawach. Insza rzecz, że – o wiele o mnie sie rozchodzi – posłaniec w przedwojennem fasonie powinien mieć laskie z siodełkiem, na którem mógł sobie przysiąść, i małą torebkie na pasku na listy.
Ten, cóżem go widział, laski nie posiadał, a miał przez ramie przewieszoną dużą torbe, tak zwaną sztabówkie. Myśle, że rozchodzi sie tu o te techniczne znaczenie. Bo faktycznie, dawniejszy posłaniec nosił przeważnie listy miłosne i różowe sekretniki, a dzisiej, jak go kto pośle do Delikatesów po trzy kilo kartofli na wystawny obiad, musi mieć sie w co zabrać. Są też różne interesy, które nie zawsze może człowiek załatwić osobiście. Na przykład przed wojną był wypadek, że jeden facet przez posłańca rozwód sobie załatwił. Posłał go z listem do swojej żony, która była właścicielką magla. W tem liście pisało, że sie zakochał i wyjeżdża w świat do Kutna czy do Płocka, detalicznie już nie pamiętam. Kiedy posłaniec przybył z tem listem do maglarki, na razie złapała na niego wałka od bielizny, ale potem zalała się rzewnemy łzamy. No więc zaczął ją pocieszać i został sie w tem maglu w tak zwanem charakterze. Na razie wszystko było cacy, ale potem zapędziła go do maglowania.
Po całych dniach korbą kręcił i łzami sie zalewał, jak sobie dawną wolność przypomniał. Toteż czasami urywał się z magla, wkładał swoją czerwoną czapkie, szedł na róg Chłodnej i Żelaznej i tam pod cukiernią Sommera z dawnemi koleżkami, posłańcami, w warcaby podgrywał.
Z litości dawali mu czasem załatwić jakiś gorszy kurs. Umarł w zapomnieniu na rypture, której sie od kręcenia magla nabawił.
To nasz poucza, że fach jest niebezpieczny i posłaniec nie ma prawa zajmować się pocieszaniem wdów, sierot i rozwódek. Trzeba oddać list i zmiatać.
W każdem bądź razie życzę nowem warszawskiem szczygłom dużo szczęścia, zdrowia i dobrych kursów.


Inne tytuły z serii Wiech

Newsletter

Schowek


Brak tytułów w schowku.